A.D.: 22 Czerwiec 2024    |    Dziś świętego (-ej): Paulina, Jan, Tomasz

Patriota.pl

I znajdę spokój tam, gdzie świerszczy śpiewny gwar, spokój z poranka mgieł powoli spłynie w końcu,
Północ tam zawsze lśni, błyszczy południa żar, a purpurowy zmierzch pełen jest skrzydeł dzwonków.

William Butler Yeats, Wyspa na jeziorze

 
  • Increase font size
  • Default font size
  • Decrease font size
Błąd
  • Nieudane wczytanie danych z kanału informacyjnego.
  • Nieudane wczytanie danych z kanału informacyjnego.

Przewagi elearów polskich, czyli o najlepszym wojsku od Syberii po Lotaryngię - Lisowczyk w cywilu

Drukuj PDF
Spis treści
Przewagi elearów polskich, czyli o najlepszym wojsku od Syberii po Lotaryngię
Najemnicy
Kozacy lisowscy czy elearowie
Żołnierze wyklęci
Homo lisovianus
Konie i lisowczycy
Zaporożcy i lisowczycy – bliźniacze formacje
Ci, których diabeł się bał…
Rycerze Chrystusa
Lisowczyk w cywilu
Czy Jeździec polski Rembrandta przedstawia lisowczyka?
Podsumowanie, czyli co ma lisowczyk do ułana
Wszystkie strony

Lisowczyk w cywilu

Co robił lisowczyk po definitywnym powrocie z „cesarskiej”? Zdobycze, jakie mieli zagarnąć w krajach cesarskich, były podobno tak bajeczne, że bez trudu powinny zabezpieczyć ich finansowo już do końca życia. Rzeczywiście niektórym udało się dzięki tym wyprawom wydźwignąć finansowo, a nawet dochrapać szlachectwa, jak Idziemu Kalinowskiemu, wcześniej znanemu jako Iśko Kalyna. Jednak los większości lisowczyków bywał zupełnie inny.

Jeśli nawet udawało im się przeżyć do końca kampanii, co w wojsku lisowskim wcale nie było takie łatwe ani częste, żołnierze musieli liczyć się z tym, że po powrocie do kraju prędzej czy później dosięgnie ich wyrok infamii z roku 1624 i padną z ręki jakiegoś łowcy kaduków albo innego banity, który w ten sposób zechce uzyskać ułaskawienie (spotkało to pułkownika Strojnowskiego w roku 1626). Lepiej było nie opuszczać oddziału zbyt pochopnie, lecz o ile akurat nie toczyła się jakaś wojna i król nie potrzebował wojsk lisowskich, przemieszczanie się zorganizowanymi rotami podpadało pod konfederację i groziło uderzeniem wojsk koronnych (jak było w latach 1620 i 1625). Gdyby jednak usłuchać rozkazu królewskiego o rozejściu się „z kupy” i rozjechaniu do domów, można było zostać napadniętym przez spokojnych mieszczan, wśród których krążyły legendy o lisowskich łupach (jak było w roku 1622 w Głogowie). Co zatem pozostawało?

Zacznijmy od drogi legalnej (a więc „prawem”, jak to określał Władysław Łoziński). Tylko nieliczni znaleźli zatrudnienie w regularnej armii koronnej; za szczęściarzy mogli się uważać Mikołaj Moczarski i Idzi Kalinowski, dowódcy wypraw na „cesarską” z lat 1623-1626, walczący w Italii przeciw Wenecjanom i broniący Lombardii przed wojskami francuskimi, którzy w roku 1626 zostali wezwani do kraju z powodu wojny ze Szwecją. Wsławili się w walkach o ujście Wisły – Moczarski zdolnościami dowódczymi, Kalinowski niekarnością, za którą został wytrąbiony z wojska i zapewne padł ofiarą łowców kaduków, bo słuch o nim ginie. Moczarski natomiast doczekał się godności pułkownika husarskiego w wojnie z Moskwą w latach 1633-1634, a jego postać posłużyła za pierwowzór Kmicica z Potopu: watażka i przywódca hultajskiej „kompaniji”, który dzięki osobistym zaletom awansuje na regularnego pułkownika JKM. Na „cesarską” Moczarski już więcej nie chciał chodzić, mimo że król proponował mu to w roku 1635 jako doświadczonemu dowódcy lisowczyków: odmówił, tłumacząc się nieprzyjemnościami, jakich miał doświadczyć podczas ostatniej wyprawy. Miał zresztą dobre przeczucie, gdyż jego zastępca Noskowski, który poprowadził kontyngent lisowczyków do Austrii, nigdy nie doczekał się wypłaty żołdu za tę kampanię.

Nieco inaczej potoczyły się losy rotmistrza Drużbica, po powrocie z „cesarskiej” zdegradowanego przez hetmana polnego Krzysztofa Radziwiłła do rangi towarzysza (w tym samym procesie jego pułkownika Jakuszewskiego skazano na rozstrzelanie). Jednak służąc w Inflantach Drużbic odznaczył się na tyle, że pozwolono mu złożyć przed królem zdobyte sztandary szwedzkie na sejmie roku 1623, a hetman obdarował go w nagrodę ekonomią.

Doświadczenie nabyte w wojsku lisowskim przydało się do walk z Tatarami, których wielki najazd z zimy roku 1623/1624 odpierał Walenty Rogawski na czele roty lekkiej jazdy w szeregach armii hetmana Koniecpolskiego. Także Stanisław Łahodowski, rotmistrz lisowski z roku 1619, oraz Paweł Czarniecki, który wraz z kilkoma braćmi udawał się na „cesarską” w latach 1619-1621, zasłynęli jako niezrównani pogromcy Tatarów. Obaj brali udział w zwycięskiej bitwie z ordą budziacką Kantymira pod Martynowem; Łahodowski miał tam uderzyć na Tatarów jako pierwszy ze swą rotą. Paweł Czarniecki walczył potem ze Szwedami o ujście Wisły i pod Gniewem jako pułkownik kozacki w wojsku hetmana Koniecpolskiego. Podobnie jak Moczarski, z powodzeniem stosował taktykę lisowską przeciw mało mobilnym wojskom szwedzkim (jego specjalnością były walki podjazdowe i zwiad), zmuszając Gustawa Adolfa do zreformowania swej armii. Ceniono go za niepospolitą odwagę i talent dowódczy – pod Hammersteinem miał ze swym pułkiem znieść kilkakrotnie silniejszy oddział przeciwnika. W 1629 roku znowu poprowadził wojska lisowskie na „cesarską”, lecz wrócił cztery lata później, by pospieszyć z królem Władysławem IV przeciw Moskwie.

O karierze w wojsku koronnym jego młodszego brata Stefana nie trzeba nikogo oświecać. Fakt, że były lisowczyk, prowadzący wojsko lisowskie na „cesarską” w latach 1630-1631, jako jedyny w historii nie-magnat dosłużył się godności senatora (jako wojewoda ruski i hetman polny koronny), mówi sam za siebie.

Inną drogą poszedł kolejny z braci Czarnieckich, Dobrogost, również zaczynający służbę w szeregach lisowczyków, który po powrocie do kraju, nie godząc się na demobilizację, przeszedł ze swoim oddziałem na Zaporoże i został pułkownikiem wojska zaporoskiego. Jego brat Marcin, wróciwszy z „cesarskiej” w 1625 roku, najął się na służbę w prywatnych wojskach Wiśniowieckich, gdzie służył najpierw jako rotmistrz, później pułkownik.

Lecz jeśli nie wojsko, to co? Tu wchodziły w grę metody „lewe”. Umiejętności nabyte w wojsku lisowskim przydawały się także w życiu cywilnym, a wśród szlachty tego czasu modne stało się wynajmowanie lisowczyków jako specjalistów od „mokrej roboty”, zwłaszcza w zatargach z sąsiadami. Najsłynniejszym tego rodzaju fachowcem był Jacek Dydyński, zwany Jackiem Nad Jackami, który zawodowo organizował zbrojne zajazdy; służył synom „Diabła” Stadnickiego, potem ich przeciwnikowi Korniaktowi, następnie Krasickim, potem ich przeciwnikowi Sanguszce, zmieniając strony z łatwością lancknechta. O profesjonalizmie Dydyńskiego świadczy fakt, że zajazdy organizował po wojskowemu: z famulusów [służby], hajduków, kozaków, Serbów i Tatarów pod chorągwiami i z bębnami, z posiłkami w postaci chłopów zebranych z kilkunastu wsi i uzbrojonych w kosy, a o jego lisowskiej przeszłości mówi sposób postępowania: „…otacza dwór… bierze szturmem, pali gumno ognistymi strzałami, puszcza z dymem całą wieś, zabiera stadninę…” Innym tego typu fachowcem był Mikołaj Tarnawski, również były lisowczyk, który zresztą w pewnej chwili został wynajęty przeciw Dydyńskiemu i srodze go poturbował.

Była też trzecia droga. Można było nawiązać do globtroterskich tradycji pułku i wyruszyć na podbój nowych ziem. Na wschodzie czekała cała Syberia do odkrycia, a car Michał chętnie przyjmował każdego, kto ofiarował się zdobywać te ziemie pod jego panowanie. Przynajmniej dwaj byli lisowczycy (przebywający w niewoli moskiewskiej) odpowiedzieli na ten odzew: Samson Nowacki, dowodzący wyprawą pacyfikacyjną znad Dolnej Tunguzki po Jenisej i Lenę w latach 20. XVII wieku, oraz Antoni Dobryński, który w latach 30. zbierał dla cara kontrybucje nad Leną. Nie był to bynajmniej łatwy spacer przez tajgę – jednej zimy Dobryński stracił połowę swoich ludzi w walkach z tubylcami, którzy nie bardzo chcieli oddawać futer inaczej niż na zasadach handlu, a kozacy wzorem Kleczkowskiego mogliby powiedzieć, że „…szablą się tylko hasło dawało, żeśmy nie ich pobratymowie…”

Inny lisowczyk, Piotr Grzybowski, zasłynął jako organizator ruchu chłopskiego w Wielkopolsce, a jeszcze inni – jako specjaliści od przewrotów – namawiali w Wiedniu w roku 1624 samozwańca Aleksandra Jachiję (podającego się za syna sułtana Mahometa III) do wyprawy na Turcję w celu obalenia młodego sułtana Osmana i przejęcia tronu tureckiego: nie tylko przekazali mu cenne wskazówki, jak to się robiło w Moskwie za czasów dymitriad, lecz także uzyskali dla niego realną pomoc wojsk zaporoskich w sile 18 tysięcy Kozaków (!) oraz Tatarów krymskich Szachin-gereja. Jak widzimy, lisowczycy szukali dla siebie różnych nisz i mało który po prostu „osiadał na roli”, korzystając z przywiezionych z zagranicy „łupów”. Czyżby dlatego, że tych łupów wcale nie było aż tak wiele? A może wynikało to tylko z faktu, że „kto raz był żołnierzem, pozostanie nim na zawsze”, jak głosiło niemieckie porzekadło z czasów Republiki Weimarskiej?



 
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama


stat4u