Panem et circenses! Widocznie ta reguła sprawowania władzy (zwłaszcza circenses) leżała u podstaw decyzji emisji w telewizji publicznej filmu Mamma Mia! Cóż, głupi motłoch musi się zabawić. Ostatecznie idą ciężkie czasy i lepiej niech za dużo nie myśli, a przy okazji trzeba zadbać o przyszłość kolegów z pornobiznesu, klinik aborcyjnych, producentów gadżetów antykoncepcyjnych i kancelarii prawniczych specjalizujących się w rozwodach. Trzeba więc zadbać o nieprzerwany dopływ klientów dla tych branż, a film Mamma Mia! doskonale się do tego nadaje.




Niesamowity amok ogarnął ostatnimi czasy środowisko „polskich” filmowców oraz tzw. ludzi kultury. Dla przeciętnie niezorientowanego odbiorcy wstrząs medialny, jaki odebrał mógłby sugerować, że to np. Mel Gibson, otrząsnąwszy się z kryzysu wieku średniego, przyjeżdża do Polski kręcić film o odsieczy wiedeńskiej, albo wiekowa Sharon Stone założy noga na nogę w którymś z tefałenowsko-polsatowskich gniotów o tańczeniu, śpiewaniu i recytowaniu. Spieszno jest więc nam donieść, że rzecz jest o wiele bardziej poważna i godna pochylenia się nad nią z troską godną piekłoszczyka „profesora” G. Tak więc klękajcie narody – On wrócił! I będzie kręcił. I to po dziesięciu latach wymownego milczenia.
Już przez wywalone wrota wdzierają się ze swoimi Tankred i Robert normandzki. Rąbią bez tchu, bez opamiętania. Po przeciwnej stronie grodu Rajmund słyszy tumult. Frankowie już są w mieście. Wstępuje weń nowa siła. Ponad przepaścią wskakuje z płonącej wierzy na mury, spada pomiędzy pogan. Luz czyni mieczem za nim wskakują inni. 







