A.D.: 28 Listopad 2021    |    Dziś świętego (-ej): Jakub, Lesław, Zdzisław

Patriota.pl

W społeczeństwie rysującym się na horyzoncie, nawet entuzjastyczna współpraca sodomitów i lesbijek nie uchroni nas przed nudą.
Nicolás Gómez Dávila

 
  • Increase font size
  • Default font size
  • Decrease font size
Błąd
  • Nieudane wczytanie danych z kanału informacyjnego.

Ciemności kryją ziemię, czyli wegetatywna historia solitera łacińskiej Europy - Umysłowe zacofanie

Drukuj PDF
Spis treści
Ciemności kryją ziemię, czyli wegetatywna historia solitera łacińskiej Europy
Trzy zasady
Totalitarny świat
Chrystianizacja Szwecji
Rosnące zapóźnienie
Angielscy misjonarze w Szwecji
Nieznana forma społeczno-polityczna
Do ostatniego Fina…
Największy triumf papiestwa
Znów ”siły narodowe”
Kult siły
Zaczadzeni katolicyzmem
Wielka reforma socjalna
Zaciskanie pętli
Umysłowe zacofanie
Wszystkie strony

Umysłowe zacofanie

Szwedzi strasznie lubią deliberować o ”zacofaniu katolików”. Było to dobre na użytek coraz bardziej prymitywizującego się własnego narodu: fakty mówiły zupełnie coś innego: cały wiek XVII i połowa XVIII była wiekiem katolików. Wypada więc bliżej zbadać jak to naprawdę było z ”protestanckim postępem” w Szwecji. Otóż było niewesoło.

Przerwy w polowaniu na zwolenników ”starej wiary” urozmaicali sobie antyintelektualni, luterańscy Szwedzi polowaniem na czarownice i należy przyznać, że osiągnęli w tej dziedzinie niemało: sporo czarowników i czarownic spłonęło na luterańskich stosach.

Ciekawe, ze choć książka Młot na czarownice (Malleus Maleficarum) spotkała się z potępieniem Watykanu i nigdy nie została zatwierdzona oficjalnie przez władze Kościoła, to przecież zrobiła niesamowitą karierę właśnie w roszczących sobie pretensje do ”intelektualizmu i racjonalności” krajach protestanckich. Racjonaliści europejscy, a polscy szczególnie, nienawidzący własnego kraju, jego historii i wiary, podkreślają dziś, że ”kraje katolickie wraz z Polską celowały w polowaniu na czarownice”. Jasne, że ex definitione ”musiały celować” - były przecież krajami katolickimi: Francja celowała, i Niemcy, i Austria. Protestanci, jako ze wyznawali ”czystą wiarę ewangeliczną” byli ”racjonalni i intelektualni”. Ich zaciekłość jest jednak bardzo podejrzana i zachodzi uzasadnione podejrzenie, ze znów chodzi o bezrozumny atak na Kościół. Rzecz bowiem w tym, ze było zupełnie odwrotnie. Najgorsze prześladowania ludzi oskarżonych o czary odbywały się właśnie w krajach protestanckich.

To prawda, ze papież Mikołaj V przekazał inkwizycji prawo do zajmowania się przypadkami praktyk magicznych i czarów, nawet jeśli nie wyglądały na herezję, ale dalej obowiązywał dokument z 906 roku – Canon Episcopi, nakazujący, aby ludzi, którzy zajmują się praktykami magicznymi i wróżbiarstwem nie skazywać na śmierć, a tylko na wygnanie. Ten ciekawy dokument rodem z ”ciemnego Średniowiecza” uważał, co prawda, praktyki wróżbiarskie za przestępstwo, ale nie za herezję, która była karana bezwzględnie. Mało tego: dokument stwierdzał, ze ”loty czarownic na sabaty” to… wytwory wyobraźni. Musimy przyznać, ze było to bardzo współczesne stwierdzenie.

Ponieważ Szwedzi z satysfakcją lubią podkreślać ”ciemnotę polskiego katolicyzmu”,  trzeba zapoznać się choć z garścią faktów z tej niełatwej ”dziedziny”. Geneza polskiego polowania na czarownice sięga XV w., kiedy przeciw herezji husyckiej wydano Edykt Wieluński (1424). Zgodnie z europejskim wzorcem doszło wówczas do utożsamienia herezji z czarnoksięstwem i uznano je za rodzaj crimen laesae maiestatis. Jednak niewielki zasięg herezji husyckiej, fragmentaryczna znajomość teorii demonologicznej hamowały prześladowania czarów Polsce. Inspirowana przez ”humanistów i racjonalistów” oficjalna nauka przedstawia zakończenie ”polowań na czarownice” w osobliwy sposób: ”kluczowym dla polskiego polowania był spór o jurysdykcję kościelna między szlachtą i Kościołem. Rywalizację tę wygrała szlachta, kiedy sejmy z lat 1552, 1563 i 1565 odebrały Kościołowi uprawnienia z r. 1543. Szlachta zyskała wówczas jurysdykcję patrymonialną również w przypadku przestępstw przeciw religii i prawo usankcjonowało przejście procesów o czary pod jurysdykcję świecką. Stanowisko szlachty było także kluczowe dla zniesienia kary śmierci za czary w 1776 roku.”

Wygląda więc na to, że to pod wpływem myśli Jana Jakuba Rousseau, jego Umowy społecznej lub rozpowszechniania oświeceniowych piśmideł Woltera w Polsce, szlachta poszła po rozum do głowy i położyła ”kres ciemnocie”. Wszystko jednak zależy od przyjętego punktu widzenia, bowiem można to także tłumaczyć tym, że właśnie wzrost poziomu wykształcenia szlachty sprawił, że Kościół chętnie przekazał swoją jurysdykcję w ręce sądów cywilnych.

Polska była jednak obszarem peryferyjnym europejskiego polowania na czarownice: da się odnotować tylko 769 świeckich procesów o czary, w których oskarżono 1121 osób, co poważnie redukuje dotychczasową liczbę oskarżonych. Nasilenie procesów w Polsce (i w świecie katolickim) uzależnione było przede wszystkim od etapów wdrażania reformy trydenckiej. Pierwszy wzrost oskarżeń nastąpił na początku XVII w., ale największe prześladowania pojawiły się wraz z drugą falą kontrreformacji w latach 80. i 90. XVII w. Ponad 90% oskarżonych w Polsce to kobiety. Na śmierć skazano około połowę oskarżonych. Ponad 80% polskich spraw o czary trafiała do sądów miejskich. Większość z nich odbyła się w dzielnicach najbardziej zaawansowanych cywilizacyjnie.

Ale jak było w Europie, wyznającej ”czystą wiarę ewangeliczną”? W tej, w której rej przewodzili protestanci? Najgorzej działo się czarownicom w Niemczech, ale powoli stosy dotarły i do Szwecji. A jak już dotarły, to buchały one potężnym płomieniem – drzewa (tradycyjny towar eksportowy) było pod dostatkiem. Źródła szwedzkie notują, ze w XVI - a więc w okresie krzepnięcia protestantyzmu – działalność czarownic ograniczała sie głównie do ”warzenia mleka i latania na miotłach na sabaty do Blåkulla (miejscowość) na Wielkanoc”. Oprócz tego zajmowały się czarami, przysparzającymi nieszczęść ludziom.

Najchętniej wierzono dzieciom, bowiem ”dzieci nie kłamią”, ale było to, rzecz prosta, sprzężenie zwrotne: dzieci przysłuchiwały się opowiadaniom dorosłych i później same wierzyły w to, co opowiadały – np. o sąsiedzie, którego rodzicie nie lubili: taki sąsiad był z pewnością czarownikiem. Nie mogło być inaczej, bowiem dorośli ze swej strony ślepo wierzyli w dziecięce opowiadania. Oprócz tego antyintelektualna histeria podsycana była przez ”dobrowolne przyznanie się”, do czarnoksięskich praktyk osób oskarżonych przez te własne dzieci po strasznych torturach, przy których bledną opisy dotyczące legendarnej inkwizycji.

Zilustrujmy to typowym obrazkiem ze szwedzkiej wsi tamtego okresu. W 1667 r. w malej wiosce Asen (Härjedalen) mała jedenastoletnia Gertruda Svensdotter i jej dwa lata młodszy brat, Mats, wypasając kozy spotkali się z ewidentnym aktem diabelskich praktyk: parę kóz zabłąkało się na małą wysepkę na jeziorze. Należało je stamtąd zabrać. Matsowi, jedynemu ”mężczyźnie” pod ręką nie udało się ta sztuka, ale Gertruda poradziła sobie. Sprawa już z daleka zalatywała siarką. Mats opowiedział historię ojcu, a ten… zameldował gdzie trzeba, tj. doniósł na własną córkę do królewskiego wójta, a ten z kolei – protestanckiemu ”księdzu”, pastorowi Larsowi Elviusowi.

Na tym etapie wójt zmienił historię tak, ze uratowanie kóz odbyło się za sprawą diabła, który nasmarował stopy Gertrudy diabelską maścią tak, ze mogła ona iść po wodzie. Sprawa niebezpieczna. Wyzwolony spod władzy ciemnego Watykanu pastor i już podległy bezpośrednio władzy ”światłego” króla, przesłuchał małą Gertrudę. Był rozczarowany i niepocieszony: choć dziewczynka opowiadała całe zdarzenie z dziecięcą fantazją, to przecież nic nie wspomniała o diable.  Głupio i nieprzyjemnie.

Ale dobrotliwy protestancki bóg czuwał: oto zjawił się mały chłopiec z sąsiedztwa, który zeznał, że latał z Gertrudą na sabat, na Blåkulle. Ten szwedzki Pawlik Morozow dodał, że i inne dzieci też ”były z nimi”. To uruchomiło jakby mechanizm samobiczowania się, totalnej samokrytyki: poczęli się zgłaszać masowo świadkowie. Nacisk na Gertrudę rósł. To wszystko sprawiło, że Gertruda zaczęła dawać jakieś niejasne odpowiedzi podczas przesłuchań, a nawet częściowo się przyznała do ”czarostwa”.

Jeśli tak, to teraz chwycono się tortur. To był wesoły kraj, ta Szwecja – zupełnie jak ”stara, wesoła Anglia”. Ale odpowiedzi Gertrudy, w których ciężko byłoby doszukać się czegoś diabelskiego, nie zadowoliły pastora. Dziewczynka zaprzeczała wszystkim oskarżeniom i może rozeszłoby się wszystko po kościach, gdyby nie chłopczyk z sąsiedztwa, który w 1668 r. doniósł, że i on latał wiele razy na sabat z Gertrudą na Blåkulla. Ten mądry chłopiec opowiedział także o innych dzieciach, które tam były. Opowieści te nie były żadną tajemnicą w wiosce i wszyscy je znali. Pastor poczuł, ze jest to woda na jego młyn i nakazał wzmocnienie tortur. Natomiast Gertruda znalazła się od razu na przegranej pozycji i pod wpływem sugestii pastora oraz tortur zaczęła dodawać tu i ówdzie kilka szczegółów o ”nauczycielach i sztukach magicznych”.

Gertruda, która jak wszyscy w Szwecji nie była jakąś specjalnie wierzącą wiedziała przecież, że jeśli się przyzna to zyska przebaczenie. W końcu przyznała się do uprawiania czarów i wskazała na 19 osób, które były zarówno jej mistrzami, jak i współtowarzyszami na sabacie. To wystarczyło: szybko i efektywnie wzniesiono stos i spalono owe 19 osób wraz z Gertrudą. Wieść o stosie obiegła lotem błyskawicy cały kraj i wszyscy zrozumieli czym grozi ”latanie na sabaty”. I znów ciekawa rzecz: stosy dotykały przede wszystkim samotne kobiety (mężczyźni zmarli lub polegli na wojnach prowadzonych przez miłościwie panujących), na których ziemie chciwie popatrywali sąsiedzi.

Pod koniec XVI w. do zacofanej intelektualnie Szwecji dotarło z Plymouth w Anglii (także kraj niesłychanego postępu w walce z ”papistami” ) ciekawe technicznie urządzenie, ułatwiające klasyfikację współpracowników diabla: ”waga czarowników”. Było to genialnie proste ( a wiec racjonalne) urządzenie: na jednym ramieniu zawieszone było żelazne krzesło, na które sadzano skrępowanego ”czarownika”, a na drugim, na szali, kładziono dwie Biblie.

Jeśli czarownik przeważył ciężar dwóch tomów Biblii, uważano go za winnego. Prymitywny ludek szwedzki, nie mając dostępu do takich technicznych nowinek, lubił na prowincji próbę ”wody”, polegającą na wrzucaniu skrępowanych diabelskich sług do wody. Wypłynie – winien, a nie wypłynie – niewinny. Musimy jednak uczciwie stwierdzić, ze w niektórych rejonach Szwecji ”ulepszono” tę metodę i przywiązywano czarownice (lub czarowników ) do długiego powroza – jeśli oskarżony szedł na dno, wyciągano go i w ten sposób mógł ”dać dowód niewinności”.

Ilu ludzi spalono na stosach w protestanckiej Europie? Tego nie wiadomo ale znawcy przedmiotu rzucają cyfry od 60.000 do 100.000. Głównie kobiet.

W drugiej połowie XVII w., gdy ”czysta wiara ewangeliczna” juz się w Szwecji utrwaliła dostatecznie, działania antyczarnoksięskie znacznie przyspieszono: stosy dymiły w każdej prowincji i w miastach. Na zbożny początek spalono ponad 100 osób, ale wnet odkryto poważne ”rezerwy”. Chociaż palenie czarownic odbywało się na prowincji pod egidą sądów miejscowych, urzędnicy królewscy postanowili ująć rzecz całą w swoje ręce: to państwo miało wydawać wyroki skazujące, to państwowi kaci mieli zapalać stosy, to państwo miało przejąć nieruchomości i skromny dobytek ”czarownic”. Żadnej prywaty. Aby rzecz całą racjonalnie przeprowadzić powołano państwową komisję ”od czarów” (Trolldomskommission), która pracowała ”na wyjeździe” – objeżdżając dookoła cały kraj, ferowała wyroki. Jej pierwszym sądem była ”Sprawa w Moramålet”  w 1669 r., w której odrąbano głowy 15 czarownikom, a ciała ich spalono. Wszystkim skazanym obecni pastorowie wybaczyli czarnoksięstwo. Dzieciom – donosicielom (aż 36 małych Pawlików Morozowów – przodków dzisiejszych Pawlików, zachęcanych przez nauczycieli do donoszenia na rodziców) się udało, bo skazywano je tylko na karę chłosty.

Te ciekawe wydarzenia otworzyły wreszcie oczy szlachcie szwedzkiej na sprawę czarowników i czarów, a otworzyły je szeroko, bowiem sprawą zajęła się przecież komisja rządowa. I ta właśnie racjonalna i pozbawiona ”przesądów watykańskich” szlachta opracowała plan szybkiego wyplenienia czarnoksięstwa ze Szwecji. Plan polegał na ”zabiciu dość wielu” (döda lagom många) podejrzanych osób i zajęciu się problemem ”szybko i bezlitośnie” (ta itu med problemet snabbt och skoningslöst). To bardzo ważny dokument, jasno oświetlający schemat późniejszych, współczesnych poczynań władz szwedzkich.

Życie toczyło się wartko i rządowy plan ”zabicia dość wielu” pozostał na papierze: cały kraj zadymił szybciej, niż pracowała komisja ferująca wyroki: np. w Torsåkra (1674 r.), spalono 71 osób, z których pomimo tortur tylko trzy się przyznały. Komisja, której ”praca” jako żywo przypominała wojaże komunistycznych gaulaiterów (Chruszczowa, Kaganowicza, Mołotowa) po sowieckiej Ukrainie przed II wojną światową, skazywała nawet bez oglądania się na Carla Sparre, który komisji tej przewodniczył z odległego Sztokholmu. Był to poważny błąd, bo ten Carl Sparre, który chciał być ”głównym decydentem”, obraził się na prace komisji tak bardzo, ze zawiesił je i zupełnie niechcący przyczynił się tym do uratowania wielu istnień ludzkich ( później, członkowie tej szacownej rodziny zrobili karierę w masonerii ).

Ale juz wkrótce wszystko wróciło do normy: dzięki dokładnym sądowym protokołom z drugiej polowy w. XVII wiemy co się działo w Szwecji za dynastii ”karolingów” (w której królewskim imieniem był ”Karol” ) – okresu ”największej świetności Szwecji”.

 

 



 
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Krótkie spięcia

Wieści z frontu

EUR PLN CHARTS

Zwróć uwagę

Uwaga, może zaboleć:
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

stat4u